Barlinecki Meloman recenzuje – Indigo Child!

facebook | youtube 

 

W ostatniej recenzji wspominałem o tym, że w przypadku pogody ponurej, nijakiej, powodującej niechęć do wyjścia gdziekolwiek muzyczni maniacy sięgają po dźwięki o odmiennych charakterach. Za oknem właściwie nie zmieniło się nic a nic, a skoro temat muzyki mrocznej i ponurej mamy już z głowy, to można zabrać się za coś bardziej pozytywnego, by pozostali również byli usatysfakcjonowani.

 

Bohaterem dzisiejszego tekstu jest niezatytułowany debiut grupy Indigo Child, będący muzycznym misz-maszem. Głównym filarem stylistycznym jest klasyczny rock, a także blues i jazz. Gdzieniegdzie słychać echa psychodelii, niektóre motywy kojarzą mi się także ze stylem progresywnym. Na całą płytę składa się w sumie, wraz z intrem, siedem kompozycji, z czego ostatnie trzy (oraz oczywiście samo intro) są instrumentalne.

Odkąd zajmuję się recenzjami, nie trafiłem jeszcze na wydawnictwo, w przypadku którego klawisze odgrywają tak istotną rolę. Towarzyszą nam one przez większość czasu spędzonego z albumem, a przeważają zdecydowanie brzmienia organów Hammonda. Obfite wykorzystanie klawiszy zapewnia odpowiedni nastrój i przypomina, że wzorcami są klasyczne rozwiązania, podobnie zresztą jak reszta instrumentarium (najbardziej zapadła mi w pamięć chyba gra perkusisty, Pawła Pawłowskiego, a szczególnie jego partie solowe). Ostatnie trzy kompozycje oddziela od reszty wyraźna kreska – stylistycznie różnią się dość mocno, chociaż w dalszym ciągu słychać, kto faktycznie gra. Przede wszystkim są nieco bardziej stonowane, spokojniejsze, podczas gdy utwory z wokalami cechuje bardziej zauważalna energia.

 

 

Notka którą możemy przeczytać na opakowaniu płyty informuje, że twórczość grupy opiera się na zabawie formą i niekonwencjonalnych rozwiązaniach. I to słychać – muzykom nie brakuje kreatywności, a ponadto potrafią zmienić ją w niezobowiązującą zabawę, bez żadnych narzuceń. Mam jednak pewne wątpliwości co do części instrumentalnej. Sympatycznie ona buja, dobrze mi się jej słucha, ma swoje momenty (ten bas i gitara w „Białym kocie”, świetna sprawa), ale tak sobie myślę… Jak by to brzmiało z wokalami? Niby trochę mi ich brakuje, ale jednocześnie mogłyby nawet zaburzyć całokształt utworów. Cóż, ludzie chyba nie bez powodu powiadają że lepsze jest wrogiem dobrego.

No i jeszcze jedna kwestia. Bardzo rzadko mam styczność z taką muzyką, a mój kontakt z Indigo Child jest pierwszy. Mimo to nie mogę się pozbyć wrażenia tego, że skądś to już znam, że gdzieś to kiedyś słyszałem (mam na myśli pierwszą, blues-rockową część). Szczególnie wokal Jakuba Cajznera brzmi znajomo. Nie jest to jednak aż tak istotne, przynajmniej w moim przypadku. A na pewno nie zmienia faktu, że ta płyta okazała się być miłym zaskoczeniem – szcerze mówiąc, nie spodziewałem się że będzie się jej tak dobrze słuchać.

Debiut Indigo Child budzi we mnie konkretne skojarzenia. Nie bardzo wiem, skąd się biorą, ale ułatwiają, a nawet umilają mi obcowanie z materiałem. Słuchając płyty czuję się jakbym nie słuchał jej w domu, tylko poza domem, na żywo. Jakbym poszedł późnym wieczorem do jakiegoś lokalu, w którym zespół przygrywa gościom do posiłku. Prawdopodobnie takie wyobrażenie opiera się troszkę na stereotypie, aczkolwiek jest pozytywne. Pozwólcie że ujmę to tak: to po prostu sympatyczna płyta. Tylko tyle i aż tyle.

 

 

Mam na imię Łukasz. W różnym stopniu interesuję się różnymi rzeczami, ale kilka lat temu muzyka stała się moją życiową pasją. Sukcesywnie rozwijam ją na swój sposób i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Ten blog to miejsce, w którym chciałbym przedstawić rockowo-metalowy świat z mojej perspektywy. To tyle, życzę miłego czytania!

Barlinecki Meloman blog

Barlinecki Meloman facebook

Barlinecki Meloman instagram