Barlinecki Meloman recenzuje – „Wierutny” zespołu Mindfak

facebook | soundcloud | spotify | youtube 

 

Po ostatnim, nieco humorystycznym i nie całkiem poważnym albumie przyszedł czas na coś konkretniejszego i bardziej bezpośredniego. No i przede wszystkim cięższego. Podoba mi się to, że każdy kolejny opisywany przeze mnie album diametralnie różni się od tego poprzedniego, no ale to nie to tym mam pisać.

 

Napisać mam o zespole Mindfak i jego nowym dziele mającym tytuł „Wierutny„. Dziewięć utworów utrzymanych w stylistyce groove/thrash (no, może z wyjątkiem jednego). Właściwie to jak na razie najmocniejszy materiał z którym miałem do czynienia odkąd zacząłem tu pisać. Riffy bujające, ale mające konkretny, metalowy ciężar, w każdym utworze jest ich zresztą sporo. Kompozycje grane w średnim tempie, ot czego można się spodziewać po tym, jak swoją muzykę opisuje sam zespół. Moje pierwsze, wydaje mi się oczywiste, skojarzenie to Pantera za czasów Phillipa Anselmo. Inspiracja zauważalna bardzo. Ale to nie zrzynka. I bardzo dobrze. Całość nie jest jednak aż tak radykalna, ale do tego jeszcze przejdę w dalszej części tekstu.

Więc tak: niecałe pół godziny trwania albumu zlatuje nadzwyczajnie szybko. W każdej kompozycji dzieje się sporo i właściwie o nudzie mówić nie można. Nie brakuje oczywiście melodii, które przecież wcale nie muszą iść w parze tylko z lekkimi dźwiękami. To, co lekko mnie zaskoczyło, to niewielka ilość solówek, które, mogłoby się zdawać, pasowałyby idealnie ogółem do stylistyki płyty (co bezproblemowo udowadnia np. „Łowca Czarownic”). Ale skoro taki był zamysł, to w porządku.

Na „Wierutnym” nie ma miejsca na ryzykowne eksperymenty muzyczne, ale to, co słyszymy, jest wystarczające. Perkusista poczynia sobie za garami dość śmiało, słychać zawartą w tym energię. Wokal z kolei do stylistyki płyty pasuje bardzo dobrze, ale w przypadku innych brzmień nie jestem pewien, czy zwróciłbym na niego uwagę. Jednak uczciwie muszę na spory plus zaliczyć fakt, że właściwie nie ma żadnych problemów ze zrozumieniem tekstów. A wiadomo, że w przypadku metalu z tym akurat różnie bywa. A jak już jestem przy wokalach, to nie wypada mi nie wspomnieć o tym, że na płycie nie ma żadnych czystych wokali. I dobrze, bo jakoś mi one do „Wierutnego” nie pasują, z jakiegoś powodu. Dobrze jest, jak jest.

 

 

Ulubione utwory? Na pewno „Scheda”, szybsza na tle innych momentów płyty, ze świetnym riffem w końcówce następującej po chwili ciszy (zmyłka się udała; w pierwszej chwili pomyślałem że to następny kawałek) oraz ciekawymi, lekko bujającymi, spokojniejszymi wstawkami. Chciałbym także wyróżnić „Kolor z Przestworzy”, czyli zamykający album instrumental, z walcowatymi zwolnieniami, czyniącymi go jeszcze cięższym (wyraźnie zauważalny bas – to lubię), ale również zawierający lżejsze dźwięki – są to ostatnie dźwięki płyty…

…i w kontekście właśnie tych lżejszych dźwięków w końcowych sekundach albumu, chciałbym wspomnieć że najspokojniejsza na płycie, trwająca zaledwie półtora minuty „Flauta” według mnie bardziej nadawałaby się na intro niż środek płyty. Wówczas miałbym wrażenie istnienia swego rodzaju klamry, idealnie spinającej całość. No i mielibyśmy istną ciszę przed burzą. Bardzo lubię takie stosowane na poszczególnych płytach zabiegi, stąd też moja opinia. A może „Flauta” została wrzucona w środek po to by dać słuchaczom chwilę wytchnienia? Nie zdziwiłbym się gdyby tak było.

Jest jeszcze jedna rzecz, na którą zwróciłem uwagę. Ciężar na płycie jest. Energia też jest. Zaangażowanie – również. Ale nieco brakowało mi na niej odrobiny prawdziwego szaleństwa, czegoś, co wyrwałoby mnie z kapci już przy pierwszym odsłuchu. Chociaż to pewnie kwestia warunków – na żywo odbiera się to zupełnie inaczej. No i nie kryję tego, że płyta jest dla mnie zwyczajnie za krótka. Utworów bym sztucznie nie wydłużał, ale jeden czy dwa dodatkowe numery na krążku dobrze by mu zrobiły.

„Wierutny” jest albumem metalowym w pełnym tego słowa znaczeniu, ale jednak w pewnych granicach rozsądku. I w tym zakresie sprawdza się jak powinien. A komu by było mało dzikości, może sobie po tym krążku włączyć np. „Vulgar Display of Power”. Swoją drogą, ciekawe jak Mindfak poradziłby sobie w roli supportu Pantery? Szkoda, że tego się nigdy nie dowiemy. Zostaje nam tylko wyobraźnia. A ta mi podpowiada, że pasowałby idealnie.

P.S. Podoba mi się ten złoty odcień płyty. Wiem, że to akurat nie wpływa na jakość jej zawartości w żaden sposób, ale to po prostu taki sympatyczny akcencik.

 

 

Mam na imię Łukasz. W różnym stopniu interesuję się różnymi rzeczami, ale kilka lat temu muzyka stała się moją życiową pasją. Sukcesywnie rozwijam ją na swój sposób i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Ten blog to miejsce, w którym chciałbym przedstawić rockowo-metalowy świat z mojej perspektywy. To tyle, życzę miłego czytania!

Barlinecki Meloman blog

Barlinecki Meloman facebook