Barlinecki Meloman recenzuje – książka „Lenny Kravitz. Let Love Rule. Autobiografia”

 

Muzyka nie jest czymś, czego tylko się słucha. W przypadku koncertów oglądamy widowisko, a teksty w książeczkach to po prostu historie przedstawiane w formie pierszej bądź opowiadań w różnej formie. Podobnie odbieram książki muzyczne, choć w tym przypadku mamy oczywiście do czynienia z dużo szerszą skalą. Tak się złożyło, że dziś mam możliwość przedstawienia Wam takiej książki. Po raz pierwszy, i mam nadzieję, że nie ostatni. Książki też kryją w sobie wiele tajemnic, też nierzadko wymagają odpowiedniego podejścia, też dają wolną rękę co do interpretacji. No i przy okazji pozwalają inaczej spojrzeć na pewne sprawy – szczególnie, jeśli są to biografie lub autobiografie.

 

W tym przypadku jest to autobiografia, a jej bohaterem i zarazem autorem jest Lenny Kravitz, we współpracy z Davidem Ritzem. W Polsce książkę wydało wydawnictwo SQN, a tłumaczeniem zajął się Jakub Michalski.

 

 

Autobiografie mają tę przewagę nad biografiami, że często wzbogacone są o różne, w teorii mało istotne, a w praktyce ubarwiające całą historię anegdotki. A „Lenny Kravitz. Let Love Rule. Autobiografia” dość mocno różni się od tych pozycji, które dotychczas przeczytałem. A mam ich za sobą już dość sporo. Może zacznę od próby odpowiedzi na pytanie: czym tak naprawdę jest historia Lenny’ego? Bo na pewno nie jest to szczegółowy opis jego sukcesu, czy też rozwoju. Jeśli już, to to drugie – ale nie na tym etapie, którego możnaby się spodziewać.

Tytuł „Let Love Rule” nie wziął się znikąd. Tak właśnie Lenny zatytułował swój solowy debiut… Na którym opisana w książce historia się kończy – opowieść urywa się w roku 1989. Pozycję zwieńczono zwrotem rodem z powieści fabularnych: „Ciąg dalszy nastąpi… Taki rozwój sytuacji wydaje się być czymś naturalnym, gdyż po „Let Love Rule” historia w rzeczywistości toczy się dalej. Tymczasem w tej książce możemy zapoznać się ze szczegółowym opisem dzieciństwa oraz wczesnych lat młodości Lenny’ego.

 

 

Muzyk skupia się przede wszystkim na otaczających go osobach, ludziach, których spotkał na swojej drodze do zostania pełnoprawnym artystą, a także miejscach, które miały znaczenie w jego ówczesnym życiu. Wszystko opisane jest chronologicznie, z dbałością o najmniejsze detale, ale jednocześnie bez zanudzania. Gdzie się dało, Lenny dorzuca także nieco humoru. Ponadto w środku znajdziemy dwie wkładki ze zdjęciami, w większości rodzinnymi – choć pojawia się także kilka fotografii promocyjnych, pochodzących z początków muzycznej działalności. W tym miejscu chciałbym wspomnieć o kolejnej różnicy dzielącej tę książkę od innych czytanych przeze mnie wcześniej pozycji. W przeczytanych dotychczas przeze mnie autobiografiach temat dzieciństwa z reguły był dość trudny oraz kończył się mniej lub bardziej burzliwymi ekscesami, które sprowadzały bohaterów na dno, by zaraz potem gwałtownie wystrzelić ich w kosmos. Tymczasem opowieść Kravitza czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Choć akcja toczy się dość intensywnie, głównie na początku ze względu na skoki od lokacji do lokacji, czytelnik raczej się relaksuje w trakcie czytania. Zawsze byłem zdania, że autobiografii nie czyta się tylko po to, by pogłębić swoją wiedzę na temat jej autora.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz może coś o samej historii: Mały Leonard w rzeczywistości już od małego miał z górki – a to głównie ze względu na to, jakimi ludźmi był otoczony. I choć wątki jego mniej lub bardziej poważnych spięć z ojcem, Sy’em Kravitzem (z których kilka miało decydujący wpływ na życie młodego Leonarda), pojawiały się notorycznie, nie brakowało ludzi pomocnych, kochających, przekazujących wartości, czy też po prostu zwyczajnie mających kontakty. Czy było lekko? W wielu sytuacjach, owszem. Czy było przyjemnie? Również. A czy było łatwo? Tu już trzeba się zastanowić. Na pierwszy rzut oka życie młodego Lenny’ego (który jeszcze zanim przybrał pseudonim artystyczny Romeo Blue, zwał się po prostu Lennie) wygląda jak sielanka. Beztroska, zero narkotyków (tylko trawka), otaczający znani ludzie (wystarczy tylko wspomnieć o mamie Kravitza, Roxie Roker, która stała się rozpoznawalną gwiazdą telewizyjną).

Późniejsza część książki skupia się na poszukiwaniu przez Lenny’ego „właściwej” drogi muzycznej. Z tego względu kontrakty muzyczne były przez niego regularnie odrzucane, czym wprawiał we wściekłość kolegów, z którymi grał, a także i tych, którzy mu te kontrakty proponowali. To zapewne jeden z powodów, dla których Kravitz faktycznie zdecydował się na karierę solową. Ciągle kierował się tym, by podążać za głosem serca, a także tym, by być uczciwym wobec samego siebie. Wszystko odbywało się z jego wyboru – także moment, gdy po kolejnym spięciu z ojcem został zmuszony zamieszkać w wypożyczanym Fordzie Pinto.

Ale Lenny przede wszystkim się nie poddawał. Miał swoje wartości, jedną z nich była głęboka wiara. Przyznam, że tego wątku akurat nieco się obawiałem, jako osoba niewierząca – na szczęście muzyk, choć przyznaje że wiara miała znaczny wpływ na jego rozwój i karierę, nie oddaje jej pełni zasług. Owszem, w książce pojawia się sporo zagadnień typowo religijnych, ale niektóre z nich pełnią rolę niemalże „urozmaiceń fabuły”, że tak to określę. Jako przykład podam moment, w którym Lenny dowiedział się o niewierności ojca wobec mamy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na uwagę zasługuje także ogrom gatunków oraz wykonawców muzycznych mających wpływ na ukształtowanie drogi obranej przez Lenny’ego. Funk, soul, rock, blues, jazz… Najsłynniejsi i najlepsi reprezentanci wyżej wymienionych gatunków. Pewne znaczenie miał nawet hip-hop, którego narodzin artysta był zresztą świadkiem. Wszystkiego po trochu. Muzyk starał się podążać za modą, jednocześnie idąc przeciwko niej. Zarówno na drodze muzycznej, jak i wizerunkowej. Sam mówi o sobie jako połączenie dwóch światów. I nie chodzi tu tylko o jego pochodzenie czy też charakter. Cała opowieść skupia się na zderzeniu ze sobą przeciwieństw, w taki sposób, by powstała jedność. Efektem tego wszystkiego jest album „Let Love Rule”. Co było dalej? Na kolejną część opowieści trzeba jeszcze trochę poczekać.

 

Barlinecki Meloman

blog // facebook // instagram // recenzje 

Mam na imię Łukasz. W różnym stopniu interesuję się różnymi rzeczami, ale kilka lat temu muzyka stała się moją życiową pasją. Sukcesywnie rozwijam ją na swój sposób i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Życzę miłego czytania!