Barlinecki Meloman recenzuje „Atomic Trip” zespołu Rottin’ Green!

facebook | instagram | youtube

 

Kto z Was odbiera muzykę jako podróż przez dźwiękowe doznania, w czasie której postoje urządza się tylko przy najciekawszych muzycznych patentach, a sama w sobie przerywana jest dopiero po tym, jak z głośników przestają płynąć dźwięki? Pytam, bo drugi album zespołu Rottin’ Green, „Atomic Trip”, o którym traktuje ten tekst, bez wątpienia stanowi zaproszenie w taką właśnie podróż. Okładka sugeruje nam, że będzie to wycieczka pełna kolorów, pełna psychodelicznych, intensywnych doznań. Czy rzeczywiście tak jest?

 

Pewne jest jedno: trio z Susza oferuje słuchaczom podróż w przeszłość. Co prawda nie aż tak odległą, ale jednak. Album składa się z ośmiu kompozycji, które sporo czerpią z grunge’u, święcącego triumfy w latach 90. Momentami słychać także motywy spod znaku stoner rocka, a i psychodelii chwilami nie brakuje (choć zdecydowanie najwięcej zawiera jej oprawa graficzna). Nawiązania, odwołania i inspiracje są bardzo wyraźne, ale grupa stara się dodać też coś od siebie.

Krążek rozpoczyna się z rozmachem – tytułowy utwór długością przekracza dziesięć minut. Dzieli się on na kilka części, szybszych, wolniejszych, a przybrudzone riffy dosłownie sypią się z głośników. Na upartego można nawet wychwycić echa nieco progresywne. Nie tylko w pierwszej kompozycji łatwo zwrócić uwagę na to, że zespół dobrze czuje się zarówno w brzmieniach bardziej stonowanych, jak i tych wymagających nieco więcej energii i zwinności. A także nie boi się sięgnąć po gitary akustyczne (jako przykład niech posłuży świetny „Shaman”, zachowujący równowagę pomiędzy intensywnymi, rockowymi brzmieniami, a dźwiękami lekkimi, przyjemnie bujającymi). Mocną stroną albumu są także solówki gitarowe, zagrane ze smakiem, odpowiednio przybrudzone, by stylistycznie nie odstawały od reszty, czasem brzmiące wręcz stricte metalowo („Rolling Stone”).

Wokalnie właściwie niespodzianek nie ma. Podobnie jak w przypadku muzyki, przywołuje pewne gatunkowe skojarzenia, jego styl może się wydawać nieco znajomy. Bardzo dobrze komponuje się z obranym przez grupę muzycznym kierunku, w żadnym wypadku nie jest też zły, ale jak dla mnie brakuje tu trochę nieco bardziej kreatywnych pomysłów. Aż się prosi o to, by dodać trochę więcej zabaw głosem, jeśli nie zaskakujących, to chociaż nieco urozmaicających poszczególne momenty. Czuję, że ten skądinąd dobry album mógłby na tym sporo zyskać…

 

 

…zwłaszcza, że smaczków muzycznych trochę tu jest. Album sam w sobie nie zawiera żadnych szaleństw, żadnych wymyślnych improwizacji; trzyma się w bezpiecznej strefie, ale jednocześnie czasem pokaże coś, nad czym warto się pochylić. Raz będzie to łatwy do zapamiętania, chwytliwy riff, innym razem subtelne gitarowe zagrywki będące tylko i wyłącznie dodatkiem, czy też ciekawy motyw basowy. To są właśnie najlepsze atrakcje tytułowej wycieczki.

Podsumowując: „Atomic Trip” oferuje całkiem przyjemne doznania, bez niespodzianek w kontekście całości, za to z paroma ciekawymi rozwiązaniami gdzieś w środku. Jakby się chwilę zastanowić, to drugi album Rottin’ Green to wyprawa w pełnym tego słowa znaczeniu. Tyle tylko, że w tym przypadku najistotniejsze jest to, z czym mamy do czynienia jeszcze przed dotarciem do celu. A jak mógłby wyglądać cel takiego tripa? Zespół podsuwa co prawda pewne podpowiedzi, ale najlepiej będzie, jeśli odpowiecie sobie na to pytanie sami.

 

 

Mam na imię Łukasz. W różnym stopniu interesuję się różnymi rzeczami, ale kilka lat temu muzyka stała się moją życiową pasją. Sukcesywnie rozwijam ją na swój sposób i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Ten blog to miejsce, w którym chciałbym przedstawić rockowo-metalowy świat z mojej perspektywy. To tyle, życzę miłego czytania!

Barlinecki Meloman blog

Barlinecki Meloman facebook

Barlinecki Meloman instagram