Barlinecki Meloman recenzuje album „Opium” zespołu Tyrada

facebook | youtube   

 

Zespół Tyrada to kolejny przykład wykonawcy starającego się odkopać z mniej lub bardziej odległych lat to, co w swojej kategorii wartościowe i przenieść to do współczesnych realiów. Jak się tak zastanowić, to jest to dużo bardziej popularny zabieg, niż mogłoby się wydawać. Muzyka ewoluuje w różnych kierunkach, uwzględniając przy tym przeszłość oraz złote lata takich gatunków jak chociażby hard rock, heavy metal czy też thrash metal. I właśnie przy tych dwóch ostatnich się dzisiaj zatrzymam, bo to właśnie one są serwowane przez Tyradę na albumie „Opium” – na swój, własny, choć nie odbiegający od dawnych realiów sposób.

 

Zanim jednak przejdę do meritum, muszę zaznaczyć że muzycy zdecydowali się tworzyć dźwięki, od których prywatnie odciąłem się już jakiś czas temu i jakoś szczególnie za nimi nie tęsknię. Taka kolej rzeczy, że z czasem priorytety się zmieniają. „Opium” potraktowałem więc jako przypomnienie tego, od czego w zasadzie zaczynałem muzyczną przygodę – zresztą nie ja jeden. Z czym mi się muzyka Tyrady kojarzy? Pierwsza myśl, która pojawiła się w mojej głowie niemal od razu – „…And Justice for All” z basem. Słyszę mnóstwo podobieństw do surowej, lecz energicznej formy thrash metalu, którą wówczas uprawiała Metallica. Brzmienie żywcem wyjęte z lat 80., konstrukcje poszczególnych fragmentów kompozycji, bardzo „hetfieldowy” wokal… Nawet te akustyczne partie gitar czy podejście do balladowych akcentów to kolejny element układanki, której obrazem są główne inspiracje Tyrady. Gdzieś tam można wychwycić jeszcze dawnego Kata, jednak u mnie na pierwszym miejscu wśród skojarzeń bezapelacyjnie pozostaje Metallica. Cóż, baza dość oczywista, żeby nie powiedzieć banalna – nie ma co tego ukrywać. To nie zarzut, bardziej stwierdzenie faktów.

 

 

Mimo ogromu ewidentnych podobieństw nie mogę nazwać „Opium” zwykłą zrzynką. M.in. nie mamy tu kompozycji o progresywnym zacięciu, które na czwartym albumie Metalliki było chwilami dość wyraźne. W ogólnym rozrachunku dominuje raczej prostota, która wydobywa się także z samego brzmienia albumu. To nie współczesność, gdzie nacisk kładziony jest przede wszystkim na intensywność połączoną z agresywnym ciężarem, przez co zaciera się granica pomiędzy thrash metalem, a death metalem. „Opium” brzmi raczej klarownie, dość czysto – prędzej wyodrębniłbym tu pewną surową szorstkość, typową dla „ejtisów”. Nie ma przeładowania dźwiękami, co tylko potwierdza nieco lżejszą postać gatunku obecną na albumie – tę, która przynosiła trochę wytchnienia po bezlitosnych dziełach typu „Reign in Blood” Slayera…

…A na sam koniec muzycy raczą nas spokojnym instrumentalem zatytułowanym „Przeczucie”. To kompozycja niemalże w całości oparta na gitarze, możliwie jak najbardziej minimalistyczna w swej formie. „Przeczucie” stanowi jedyną większą odskocznię od miarowego heavy/thrashu wypełniającą nieco ponad półgodzinny krążek. W międzyczasie spotkamy się również z motywami balladowymi („Urojenia”), czy też z pewną formą metalowego hymnu (do tego określenia najbardziej pasuje mi wyrazisty „Mars”), jednak główny nurt pozostaje jeden i ten sam. Bez zbędnego kombinowania.

 

Tyrada – Tlaloc

 

W tym miejscu chciałbym się na chwilę pochylić nad wokalem. Pozwolę sobie na kolokwializm, stwierdzając, że jest to książkowy przykład typowego, metalowego głosu sprzed czterech dekad. Właśnie taki styl przychodzi mi na myśl, gdy mowa o oldschoolowym metalu. Karol Koter radzi sobie z taką stylistyką wręcz bardzo dobrze. Dla mnie wyznacznikiem jakości oraz punktem odniesienia jest w tym przypadku zachowanie równowagi pomiędzy drapieżnością, mniej lub bardziej agresywną, a zwykłym, czystym śpiewem, zwyczajnie miłym dla ucha. Nawiasem mówiąc, znajdzie się na albumie również i trochę śpiewu (wspomniane „Urojenia”), tak samo jak trochę dużo bardziej szaleńczych wrzasków („Tlaloc”), lecz nie zmienia to faktu że głównym motywem jest wspomniana hybryda. Słucha się tego bardzo przyjemnie, nawet pojawia się gdzieś chęć, by wykuć trochę tekstu i samemu zacząć podśpiewywać. Tekstu polskiego, co warto zaznaczyć. Dodatkowym smaczkiem jest wyraźny pogłos, towarzyszący Karolowi podczas jego partii. I to chyba jedyny tego typu efekt obecny na drugim albumie Tyrady.

 

Tyrada – Urojenia

 

Jak więc podsumować ten album? Znów mamy oldschool, znów mamy to, co święciło triumfy dekady temu i dziś przytaczane jest w większości przypadków jako hołd. Tego typu materiałów jest naprawdę wiele, i to w każdym gatunku. Co więc może zrobić w tej sytuacji Tyrada? Niech dalej hołduje po swojemu, wstydu kultowym brzmieniom absolutnie nie przynosi. Muzycy nie zrzynają, choć słychać, że jeszcze są na etapie tworzenia własnej tożsamości, budowanej z elementów znanych nam nie od dziś. Cóż – najbardziej ufamy temu, co jest nam dobrze znane, prawda?

P.S. W środku koperty, poza samym albumem z autografami (które okazały się całkiem sympatyczną niespodzianką za którą dziękuję) oraz kodem QR do pobrania albumu w wersji cyfrowej, znalazła się jeszcze druga niespodzianka, także ukryta pod kodem QR. Jej postaci oczywiście nie zdradzę, napiszę tylko, że bardzo mi się spodobała. Słowa uznania należą się zatem również za przygotowania do wydania albumu, które są jednocześnie ukłonem w stronę odbiorcy.

 

Barlinecki Meloman

blog // facebook // instagram // recenzje 

Mam na imię Łukasz. W różnym stopniu interesuję się różnymi rzeczami, ale kilka lat temu muzyka stała się moją życiową pasją. Sukcesywnie rozwijam ją na swój sposób i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Życzę miłego czytania!