Barlinecki Meloman recenzuje – „Killsorrow” zespołu… Killsorrow!

facebook | youtube

 

Motywy post-apo. Wykorzystywane w filmach, grach, książkach. Czy też w muzyce? Oczywiście. Zespół Killsorrow zdaje się wręcz o tym krzyczeć. Charakterystyczne stroje, widoczne na zdjęciach promocyjnych, używane również na koncertach, robią wrażenie. Oprawa graficzna drugiego albumu grupy, o którym traktuje ten tekst również przywodzi na myśl oczywiste skojarzenia. A czy muzyka zawarta na krążku jest w stanie je zapewnić?

 

Album, mający tytuł będący także nazwą kapeli, wypełnia aż czternaście kompozycji. Nie dajcie się jednak zwieść – cztery z nich to krótkie instrumentale, zagrane tylko na gitarach. Jeden służy za intro, pozostałe pełnią funkcje przerywników. Gatunkowo można określić zawartość płyty mianem melodic groove metalu. Melodeath niby też jakby nie był obcy muzykom, jednak jego echa słychać rzadziej. Za to od pierwszych sekund łatwo zauważyć, że zespół stawia głównie na melodie. Czyni to całość lżejszą w odbiorze, nie ujmując jej przy tym metalowego pierwiastka.

Samo brzmienie wypada całkiem dobrze – instrumenty wzajemnie się nie zagłuszają (dobrze słychać bas, a to bez wątpienia plus), nie przysłaniają także wokalu. A jaki jest wokal? Na płycie możemy posłuchać zarówno wokali czystych, jak i nieco wrzasków. Piotr Ogonowski posiada całkiem szeroki zakres możliwości, ale muszę przyznać, że czyste partie podobają mi się dużo bardziej. Wykonane z pomysłem, wpadają w ucho. Wrzaski z kolei same w sobie są dobre, choć chwilami wydawały mi się troszkę przekombinowane (końcówka „Hope in You”).

 

 

Co jeszcze może nam zaoferować drugi album Killsorrow? Na pewno sporo interesujących riffów („One Last Day”, „When the Night is Calling”, czy też zamykający krążek, w niektórych sekundach nieco posępny „Eternal Sunset”, będący jednym z najlepszych utworów z płyty). Nie brakuje też solówek (znów jako przykład podam „One Last Day”, bo tamtejszy popis solowy chyba najbardziej zwrócił moją uwagę. Szkoda tylko, że taki on krótki, dostrzegam potencjał na coś dłuższego). No i oczywiście melodie, mniej lub bardziej groove’owe. I co istotne – melodie bez kiczu. Ryzyko w końcu zawsze jakieś tam jest. Niespodzianek jako takich nie ma, chyba, że za niespodziankę można uznać nieco psychodeliczne dźwięki w „World Turned Off”. Niby nic wielkiego, ale jak dla mnie ciekawy smaczek, pasujący do całego konceptu.

Nie bardzo wiem co mam myśleć o instrumentalnych kompozycjach. „Radiance” ze względu na zastosowanie efektu narastającego sprawdza się przyzwoicie jako intro, ale pozostałe trzy nie zrobiły na mnie wrażenia. Posłuchać oczywiście można, choć nie wnoszą one zbyt wiele do całego materiału. Zdecydowanie bardziej wolę się skupić na tych utworach, w których coś się rzeczywiście dzieje.

Na koniec wróćmy do pytania z końca pierwszego akapitu. Czy klimat post-apo da się wyczuć także z głośników? Jedno jest pewne – zespół w pełni zaangażował się w to, by można było odpowiedzieć twierdząco. Gdy podsumujemy sobie wszystkie aspekty tego wydawnictwa, to chyba nic nie stoi na przeszkodzie, by tak zrobić. A jeśli ktoś nie interesuje się taką tematyką, to w sumie żaden problem – nie wpływa to na poziom tego albumu.

 

 

Mam na imię Łukasz. W różnym stopniu interesuję się różnymi rzeczami, ale kilka lat temu muzyka stała się moją życiową pasją. Sukcesywnie rozwijam ją na swój sposób i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Ten blog to miejsce, w którym chciałbym przedstawić rockowo-metalowy świat z mojej perspektywy. To tyle, życzę miłego czytania!

Barlinecki Meloman blog

Barlinecki Meloman facebook

Barlinecki Meloman instagram