Barlinecki Meloman recenzuje – „Final Collision” zespołu Arshenic

facebook | instagram | youtube | soundline

 

Są rzeczy ważne i ważniejsze, dlatego w pierwszej kolejności chciałbym serdecznie podziękować zespołowi za autografy. Skoro formalności mamy za sobą, to można przejść do konkretów. Trzecia recenzja, trzeci album, trzeci wykonawca. Wykonawca tym razem już mi znany – nie ukrywam, że niektóre ze starszych utworów gościły czasem na moim Spotifaju. Tak więc mniej więcej wiedziałem, czego się spodziewać.

 

Co prezentuje nam Arshenic na „Final Collision”? Muzykę alternatywną, z pogranicza rocka i metalu, choć ja skłaniałbym się raczej ku stronie rocka. Jest melodyjnie, nie za ciężko, podwójna stopa pojawia się sporadycznie, a jeśli gitary zabrzmią bardziej metalowo, to na pewno nie idą one w skrajniejsze rejony gatunku. No i wokalistka w składzie, śpiewająca czysto i melodyjnie, ale kiedy trzeba to potrafi pokazać pazury. W teorii recepta na świetny album – a jak jest w rzeczywistości?

 



Na dzień dobry ciekawostka: mianowicie, zespół potrafi zaskoczyć słuchacza, zanim w ogóle rozpocznie odsłuch płyty. O czym mówię? A o tym, że w serwisie Spotify album zawiera osiem utworów, a posiadacz fizycznej kopii dostaje dwa utwory w bonusie (utwór „Unspoken” ukazał się na Spotify tylko jako singiel, czyli osobno). A nie, przepraszam, trzy… Kapela pokusiła się jeszcze o dodanie na płytę ukrytego, niemającego tytułu utworu, którego w spisie nie ma. Koniec końców, płyta liczy sobie jedenaście kompozycji – sprytny sposób na zachęcenie fanów do kupna fizycznej kopii. Przyznać muszę, że gdyby płyta również zawierała osiem numerów, byłbym rozczarowany jej długością – trzydzieści sześć minut to nie jest dużo. Po dodaniu bonusowego materiału z fizycznej kopii otrzymujemy już przyzwoite pięćdziesiąt cztery minuty. Spora różnica, prawda?

Krążek rozpoczyna utwór tytułowy, nieco mroczny, o balladowym charakterze. Spokojne zwrotki, mocniejszy refren (słyszalny nawet growl), a i podwójną stopę można usłyszeć. Co ciekawe, podobny styl reprezentuje już kolejny numer, singlowy „Dear Remorse”. Tak więc początek materiału nastawia odbiorców na kontrast pomiędzy częściami zwrotka/refren.

Jeszcze lepsze jest to, że na tym się nie kończy – podobne motywy słyszymy jeszcze m.in. w „Madness”. „Sign” z kolei raczej nie wpisuje się w ogólnie przyjęte balladowe standardy, po prostu jest to jeden ze spokojniejszych utworów na „Final Collision”. Nietrudno zauważyć, jaka jest cecha charakterystyczna całości: mnie, jako odbiorcy, wydaje się, że jednym z głównych motywów była próba zachowania równowagi pomiędzy jedną stroną – lekką, nieco melancholijną, a drugą, stricte rockowo-metalową. Jak dla mnie udana.

Największym atutem płyty nie umniejszając oczywiście muzykom, są dla mnie partie wokalne, a w tym ich uniwersalizm. Czysty śpiew, zadziorna chrypa, growl, wyższe rejestry – Ofilia radzi sobie z tym wszystkim bezproblemowo. O to również jeden z powodów, dla których kompozycja „Atari” jest zdecydowanie moją ulubioną z całej płyty – numer po prostu genialnie zaśpiewany, w dodatku po polsku (warto również wsłuchać się w wokalizy).

Co jeszcze? Bije od niego taki nośny, tym razem pozytywny nastrój. Tak jak całość uważam za dobrą, tak „Atari” wyróżnia się względem reszty zdecydowanie i pozostaje najczęściej słuchanym przeze mnie utworem. Swoją drogą, gdyby na albumie było polskich liryk więcej, mógłby on zyskać jeszcze bardziej. Przynajmniej w moich oczach.

Na koniec parę słów o ukrytym utworze. Miałem dylemat, czy o nim napisać, czy nie… Ostatecznie postawiłem na kompromis. Nie powiem, czym konkretnie się charakteryzuje, powiem za to że jest zupełnie inny od tego, co można usłyszeć wcześniej i że zespół ewidentnie puścił oko do fanów, umieszczając na krążku coś takiego.

Co mogę powiedzieć? Jeśli lubicie gitarową alternatywę z damskim wokalem, to polecam Wam zapoznać się z tym albumem. A jeszcze bardziej polecam Wam go zwyczajnie kupić. Osiemnaście minut dodatkowej muzyki i autografy w bonusie. A z tego co wiem, nakład fizycznych kopii jest ograniczony, więc dla mnie sprawa jest oczywista… 

 

Barlinecki Meloman

 

Mam na imię Łukasz. W różnym stopniu interesuję się różnymi rzeczami, ale kilka lat temu muzyka stała się moją życiową pasją. Sukcesywnie rozwijam ją na swój sposób i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Ten blog to miejsce, w którym chciałbym przedstawić rockowo-metalowy świat z mojej perspektywy. To tyle, życzę miłego czytania!

Barlinecki Meloman blog

Barlinecki Meloman facebook