Barlinecki Meloman recenzuje – „Torches” zespołu Moanaa

facebook | bandcamp | instagram | youtube

 

Pora roku taka, że za oknem raczej ponuro, czarno-biało. Widok nagich drzew i kałuż wprawia nas w nastrój raczej melancholijny. W takich sytuacjach wielbiciele muzyki zazwyczaj dzielą się na dwie grupy: jedni będą szukać czegoś pozytywnego, radosnego, kontrastującego z jesienno-zimowym okresem, inni zaś włączą muzykę dobrze komponującą się z tym, co widać na dworze. Jak myślicie, jaki styl reprezentuje zespół Moanaa?

 

Cóż… Oprawa graficzna płyty, robiąca wrażenie w swej prostocie, już udziela pewnych podpowiedzi, a po włączeniu krążka wszelkie wątpliwości zostają rozwiane. Ale po kolei: „Torches” to kolejna już EPka w dorobku grupy, zawierająca… trzy kompozycje. Z czego jedna to cover. To w sumie trochę mało, nawet jak na EPkę. Ale nadrabiają za to długością – najkrótszy numer trwa niewiele ponad sześć minut. Na szczęście zespół sprawnie uniknął tego, co najczęściej grozi długim utworom – nudy, mimo tego że całość może chwilami sprawiać wrażenie nieco rozciągniętej.

Gdybym miał opisać „Torches” jednym słowem, zapewne wybrałbym słowo „emocje”. Sama muzyka opiera się na post metalu, jednocześnie czerpiąc co nieco z innych gatunków, takich jak doom metal albo sludge. Nie znajdziecie tutaj gitarowych połamańców, sporo za to tutaj mocarnych breakdownów, posępnych melodii oraz spokojniejszych zwolnień. Całość to po prostu atmosferyczne granie w czarno-białych barwach. Wrażenie potęgują wściekłe wrzaski wokalisty o tajemniczym pseudonimie „K-vass”. Nie wiem, kim on jest, ale muszę przyznać, że swoje zadanie spełnia znakomicie.

 

Poznański koncert trasy Krzta Goryczy w obiektywie No More Color, źródło.

 

Ciekawostką jest to, że na płycie słyszymy również nieco czystych wokali. Wnioskuję że należą one do Jakuba Radomskiego, który został zaproszony jako gość. Przynoszą one nieco wytchnienia w spokojniejszych momentach i również sprawnie wpasowują się w melancholijno-depresyjny klimat. Czystego głosu można posłuchać w „Without You I’m Nothing”, oryginalnie wykonanego przez zespół Placebo, oraz w trzecim i ostatnim na albumie „Red”. I przy tym coverze chciałbym się na chwilę zatrzymać.

Wcześniej nie miałem okazji zapoznać się z oryginałem. Mało tego, podczas pierwszego odsłuchu „Torches” nie wiedziałem nawet, że nie jest to autorska kompozycja. Domysłów też nie było, bo „Without You…” nie odstaje stylem od pozostałych dwóch utworów. Później stwierdziłem że dobrze by było mieć jakiś punkt odniesienia i postanowiłem posłuchać rówież pierwowzoru. Wyszło tak jak wyjść powinno: piosenka stała się cięższa, intensywniejsza, mocniejsza, ale nie zmodyfikowano jej nie do poznania. Szczególnie podoba mi się praca gitar i wokale (i to tyczy się obu wersji). Gdyby był to numer autorski, w dalszym ciągu byłby to mój faworyt na „Torches”.

Najnowsze wydawnictwo, które przedstawiła nam Moanaa, to mocna, trzymająca poziom pozycja. Odpowiednia na ponure wieczory, angażująca i wciągająca. Na cieplejsze okresy pewnie także się nada, chociażby ze względu na bijący z niej chłód.

 

 

 

Mam na imię Łukasz. W różnym stopniu interesuję się różnymi rzeczami, ale kilka lat temu muzyka stała się moją życiową pasją. Sukcesywnie rozwijam ją na swój sposób i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Ten blog to miejsce, w którym chciałbym przedstawić rockowo-metalowy świat z mojej perspektywy. To tyle, życzę miłego czytania!

Barlinecki Meloman blog

Barlinecki Meloman facebook

Barlinecki Meloman instagram